niedziela, 28 grudnia 2014

NUMER I




         Otworzyłam zaspane oczy i podniosłam się do pozycji siedzącej. Słońce wpadało przez duże okno i rozświetlało cały pokój.  Lato, jak ja kocham tę porę roku. Nie trzeba było nosić grubych zimowych kurtek, których tak bardzo nie lubiłam. Rozciągnęłam się jak kot i wstałam z łóżka. Po porannej toalecie podeszłam do szafy, którą otworzyłam i stanęłam z założonymi rękoma. Zaczęłam intensywnie myśleć nad tym w co dziś się ubrać. W końcu dziś są moje siedemnaste urodziny. Zaczęłam przeszukiwać szafę, ale po chwili się poddałam. Ostatecznie założyłam czarne spodenki i szarą bluzkę z nadrukiem, do tego czarne trampki. Podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje odbicie. Byłam niewysoką, opaloną i szczupłą dziewczyną. Miałam długie czarne włosy i ciemno brązowe oczy oraz pełne usta. Wielu mogłoby uznać, że jestem ładna, ale nie byłam do końca przekonana o swojej urodzie. Ostatni raz spojrzałam w lustro i wyszłam z pokoju. Zeszłam po drewnianych schodach i cichutko weszłam do ogromnej kuchni. Spodziewałam się, że nikogo nie zastanę, lecz myliłam się. Po kuchni krzątała się mama, przygotowując śniadanie. Zdziwiłam się ponieważ mamy zazwyczaj nie ma w domu, bo ciągle pracuje. Po śmierci ojca poświęciła się całkowicie pracy, a mnie zepchnęłam na dalszy plan. Zazwyczaj, gdy wstawałam rano jej już nie było. Dlatego, gdy dziś ją zobaczyłam uznałam, że coś musiało się stać. Mieszkałyśmy same w ogromnym domu w bogatej dzielnicy. Każde pomieszczenie było tak duże, że mogłoby pomieścić sporo osób. Miałyśmy też duży basen za domem z którego rzadko korzystałyśmy. Mama jest prawnikiem, więc stać nas na takie wygody. Ja natomiast chodzę do liceum. Nie jestem najpopularniejszą dziewczyną w szkole jakby się mogło wydawać, wręcz przeciwnie. Elitą w naszej szkole są trzy, ładne choć wredne dziewczyny, które zawsze wyglądają niesamowicie. Chodzą na wszystkie możliwe imprezy i umawiają się tylko i wyłącznie z futbolistami. Unikam je w każdy możliwy sposób. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.

- Dzień dobry córeczko - powiedziała mama wyrywając mnie z zamyślenia.

- Dzień dobry - odpowiedziałam nieco speszona.

- Masz ochotę na tosta?

- Yyy... chętnie - usiadłam przy stole i patrzyłam jak szykuje się do zrobienia tosta. Coś tu jest nie tak - Coś się stało? - zapytałam niepewnie.

- Nie skarbie, dlaczego pytasz?

- Bo od dwóch lat o tej porze zawsze jesteś w pracy - wyjaśniłam - Więc dlaczego dziś jest inaczej?

- Wzięłam wolne, bo dzisiaj szczególny dzień, prawda? - mama odwróciła się do mnie z talerzem i postawiła go przede mną - Wszystkiego Najlepszego! - popatrzyłam na nią jak na wariatkę. Przez trzy lata nawet nie pamiętała o moich urodzinach, a dzisiaj? Miałam już totalny mętlik w głowie.

- Dziękuję - powiedziałam przeciągle i wzięłam się za jedzenie przygotowanego śniadania. Jestem jej wdzięczna, że wzięła wolne w pracy i została ze mną, ale musiałam się jak najszybciej ulotnić z tego domu. W głębi duszy wiem, że moje urodziny nie są powodem jej zostania w domu. Musi chodzić o coś innego, tylko co? - A tak naprawdę dlaczego nie poszłaś do pracy, bo na pewno nie dlatego, że mam urodziny.

- Nie wiem o czym mówisz? - próbowała się wykręcić. Nie mamo nie poddam się tak szybko.

- Jestem pewna, że wiesz doskonale. Więc? - dopytywałam.

- Eh, chciałam ci powiedzieć wcześniej, ale nie było okazji. Więc spotykam się z kimś - powiedziałam wreszcie.

- Co? - zdziwiłam się nieco.

- Nazywa się Derek Black i zaprosiłam go dzisiaj na kolację. Ma przyjść z synem Alex'em. Byłabym wdzięczna gdybyś była na niej obecna. Derek bardzo chciałby cię poznać - mówiła, a we mnie zbierała złość

- A mam inne wyjście? - zapytałam choć znałam już odpowiedź.

- Oczywiście, że nie - odparła moja matka. Wstałam od stołu i zaczęłam iść w stronę drzwi wyjściowych. Nie mogłam na nią patrzeć, więc wcale nie chodziło o to, że mam urodziny tylko o to, że spotkała jakiegoś faceta, którego chce mi przedstawić - Tylko wróć przed osiemnastą! - krzyknęła, gdy zamykałam już drzwi.
Odetchnęłam z ulgą, gdy byłam już kawałek od domu. Teraz pozostało mi już tylko chodzenie po okolicy i nudzenie się. Nie miałam, żadnych przyjaciół do których mogłabym pójść.

       Po pary godzinach chodzenia po mieście miałam już dość. W tym momencie myślałam tylko o tym by położyć się na swoim miękkim łóżeczku i zasnąć. Postanowiłam więc wrócić do domu. Ale żeby do niego dotrzeć musiałam przejść przez ogromny park, w którym kręciło się zazwyczaj mało osób. I było on dość niebezpieczny dla osoby która szła sama. Wzięłam się jednak w garść i weszłam w głąb przerażającego parku. Moja wyobraźnia działała na szybkich obrotach. Za każdym drzewem widziałam czyhających na mnie morderców. Potrząsnęłam głową by rozwiać te dziwne myśli. Przecież nie ma tu nikogo oprócz mnie. Usłyszałam trzask gałęzi. Prawda? Odwróciłam się w tamtym kierunku, ale nic nie zobaczyłam. Może mi się przesłyszało. Znów coś usłyszałam. Stanęłam nagle i zaczęłam nasłuchiwać. Coś tu nie gra - powtarzałam w myślach. Usłyszałam jakiś świst, a po chwili obok mnie przeleciała strzała i wbiła się w stojące niedaleko drzewo. Krzyknęłam wystraszona. Co do cholery - pomyślałam. Znów ten sam dźwięk i kolejna strzała wbiła się w drzewo tym razem po drugiej stronie mojej głowy. Tym razem bez zastanowienia zaczęłam biec przed siebie. Słyszałam jak nad moją głową latają strzały i tylko dzięki szczęściu nie zostałam przebita jak szaszłyk. Biegłam ile sił, a miałam przed sobą jeszcze niemały kawałek. Powoli moje płuca zaczęły się poddawać, a ja zwalniać. Zacisnęłam zęby i biegłam dalej. Na mojej twarzy pojawił się niewielki uśmiech, gdy zobaczyłam, że park się kończy, a zaczyna droga przy której stały domu. Gdy byłam już na granicy między parkiem, a ulicą jedna ze strzał drasnęła mnie w ramię. Jednak nic sobie z tego nie robiłam tylko dalej biegłam, aż do momentu, gdy stanęłam przed drzwiami domu. Wreszcie miałam chwilę by odpocząć po wyczerpującym biegu. Dopiero teraz, gdy powoli schodziła adrenalina zaczynałam czuć ból spowodowany strzałą. Spojrzałam na swoje ramię, gdzie znajdowała się długa rana. Syknęłam z bólu i otworzyłam drzwi, po czym weszłam do środka. Idąc do swojego pokoju usłyszałam krzyk mamy, która usłyszała pewnie, że już wróciłam.

- Ubierz się ładnie, goście przyjdą o osiemnastej trzydzieści.

- Dobrze - odkrzyknęłam słabym głosem. I jak najszybciej weszłam po schodach by mama przypadkiem mnie nie zobaczyła w takim stanie. Ja natomiast czułam się coraz gorzej. Zaczęło mi się kręcić w głowie i prawdopodobnie dostałam gorączki. Czułam jakby miała zaraz spłonąć. To było dziwne bo nigdy nie chorowałam. A co jeśli strzała była zatruta? Nie chciałam nawet o tym myśleć.

        Weszłam do swojego pokoju i zamknęłam za sobą drzwi na klucz, na wszelki wypadek, gdyby mama miała ochotę do mnie wpaść. W pokoju musiałam przytrzymać się ściany by nie upaść. Na chwiejnych nogach poszłam do łazienki. Musiałam się wykąpać, nie mogłam w takim stanie pokazać się facetowi swojej matki. Na szczęście łazienkę miałam w swoim pokoju, więc nie musiałam daleko chodzić. Stanęłam przed umywalką i złapałam się jej by nie upaść. Spojrzałam w lustro i przeraził mnie widok jaki zobaczyłam. Wyglądałam okropnie. Włosy były potargane, a do tego byłam niesamowicie blada. Wyglądałam jak chodzący trup. Rana na ramieniu była paskudna, krew sączyła się z niej i skapywała na śnieżnobiały dywanik, barwiąc go na czerwono. Teraz nadawał się już tylko do wyrzucenia. Ale nim zajmę się później, teraz musiałam zająć się sobą i doprowadzić się do porządku. Zdjęłam mokre od potu i krwi ubrania i wrzuciłam je do kosza. Zanim doszłam pod prysznic minęło chyba z dziesięć minut. Odkręciłam letnią wodę. Czułam jak oblewa moje ciało, a gdy dotarła do rany musiałam zebrać w sobie całą siłę by nie krzyknąć. Po policzkach zjechały w dół moje słone łzy, które następnie zmył strumień wody. Po kilku minutach spędzonych pod prysznicem wyszłam i okryłam się białym, miękkim ręcznikiem. Szybko wytarłam się i ubrałam czyste ubranie, a ranę owinęłam bandażem. Następnie prawie doczołgałam się do łóżka i padłam na nie jak kłoda. A dosłownie po sekundzie moje oczy się zamknęły, pogrążając mnie w krainie snów.

- Crystal słyszysz mnie? - mówił jakiś męski głos, którego nie znałam - Crystal nie możesz zostać w tym świecie - mówił dalej.

- Kim jesteś? - zapytałam rozglądając się dookoła, ale nie widziałam nic oprócz wszechogarniającej ciemności.


- Jestem twoim.... przyjacielem - odpowiedział.


- Ale ja nie mam przyjaciół - powiedziałam. Gdzie ja tak w ogóle byłam? Co to za miejsce? Czy ja umarłam?


- Nie umarłaś Crystal - rozwiał moje wątpliwości głos - Słuchaj, nie możesz zostać w świecie ludzi. To bardzo niebezpieczne. Musisz wrócić do domu.


- Nie rozumiem.


- Ale zrozumiesz. A wtedy będziesz musiała odnaleźć portal do mojego, naszego świata, do Hermasti. 


- To sen, to tylko sen - powtarzałam - To się nie dzieje naprawdę. To tylko wytwór mojej wybujałej wyobraźni. 


- Pamiętaj Crystal, będziesz musiała odnaleźć portal.... portal....por...pppp - ostatnie słowo odbiło się echem.


          Obudziłam się zlana potem. Co za dziwny sen - pomyślałam. Czułam się już odrobinę lepiej choć cały czas kręciło mi się w głowie i chyba nadal miałam gorączkę. Zerknęłam na ranę. Bandaż całkowicie przesiąkł krwią. Podniosłam się z łóżka i powoli, na ciągle chwiejących się nogach poszłam do łazienki zmienić bandaż. Gdy wyszłam spojrzałam na zegarek stojący na szafce nocnej. Była osiemnasta. Spałam całe pięć godzin. Osiemnasta! Do mojego mózgu dopiero po chwili dotarła ta informacja. Zaczęłam powoli panikować, ale uspokajałam się, że zdążę. Mam jeszcze pół godziny. Podeszłam do szafy i wzięłam z wieszaka czarną sukienkę z długimi rękawami (nie mogłam pokazać się z bandażem), sięgająca do połowy ud. Założyłam ją ostrożnie by nie urazić ręki. Wzięłam balerinki leżące na dnie szafy i założyłam je. Następnie podeszłam do lustra i przyjrzałam się sobie. Nadal byłam niesamowicie blada. Usiadłam na krześle i nałożyłam na rzęsy tusz, po czym uczesałam swoje długie włosy. Zastanawiałam się czy zrobić warkocz, czy zostawić rozpuszczone. Ale uznałam, że zostawię jednak rozpuszczone. Wzięłam kilka głębokich wdechów i wyszłam z pokoju. Weszłam ostrożnie po schodach trzymając się barierki. Nogi trzęsły mi się tak, że ledwo szłam. Słyszałam jak mama biega pomiędzy kuchnią, a jadalnią zanosząc na stół przygotowane. Spojrzałam na zegar wiszący nad kominkiem. Dokładnie teraz wybiła osiemnasta trzydzieści i w tym samym czasie usłyszałam dzwonek do drzwi. Łał, ale punktualność.


- Crystal! - krzyknęła matka - Idź otworzyć!

         Ruszyłam chwiejnym krokiem w kierunku drzwi starając się by moje kroki wyglądały normalnie. Ale było to ciężko zrobić w moim stanie. Wytrzymam - powtarzałam sobie w myślach. Wystarczy, że wytrzymam jakąś godzinkę i będę mogła wrócić do swojego pokoju. Stanęłam przed drzwiami wejściowymi. Trzęsącą się ręką sięgnęłam klamkę i otworzyłam.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Shoutbox